Rzut oka w przyszłość czyli co po kryzysie?16-07-2009
Ekonomiści zastanawiają się, jaką drogą przyjdzie do nas długo oczekiwane ożywienie gospodarcze. Ci nastawieni najbardziej optymistycznie, mówią, że będzie miała ona kształt litery V (szybkie odbicie) i powołują się między innymi na doświadczenie krótkotrwałych recesji z ostatnich dwóch dekad.
Umiarkowani optymiści wskazują na kształt U, pesymiści wieszczą raczej podwójne dno, a więc literę W sięgającą jednak ostatecznie radośnie ku górze. Zdecydowani czarnowidze z zamaszystą satysfakcją kreślą złowieszczy kształt litery L. Jednak jeszcze ciekawszą od tych rozważań kwestią jest charakter owej nowej fali wzrostowej, która po uporaniu się z kryzysem, prędzej czy później nadejdzie.
Ostatnie dwie dekady były dla światowej gospodarki bardzo pomyślne. Średnie tempo wzrostu globalnego PKB sięgnęło 3,5%. W latach 1989-98 przyczyniły się do tego między innymi względny pokój i włączenie krajów pokomunistycznych do globalnego rynku. Choć kolejna dekada przyniosła kosztowne wojny w Afganistanie i Iraku, ich negatywny wpływ na światową gospodarkę został skompensowany przez upowszechnienie Internetu oraz włączenie na szeroką skalę Indii i Chin w rewolucję informatyczną. Temu wszystkiemu towarzyszyła likwidacja ograniczeń w handlu międzynarodowym (z niechlubnymi wyjątkami ze strony UE) oraz realokacja kapitału do krajów rozwijających się możliwa między innymi dzięki rozwiniętym rynkom finansowym. Przez większą część minionego dwudziestolecia światowa gospodarka korzystała również na tanich surowcach. Niestety część z wymienionych powyżej czynników wyraźnie traci impet, kosztowne konflikty zaś pozostały (a w cieniu czają się jeszcze Iran i Korea Północna). Oprócz tego można wymienić kilka innych powodów, dla których światowa gospodarka po wyjściu z kryzysu nie będzie rozwijać się tak szybko, jak dotychczas.
Jednym z nich jest istotny wzrost stóp procentowych na światowych rynkach. Perspektywa taka może wydawać się odległa, w sytuacji, gdy banki centralne sprowadziły krótkoterminowe stopy w okolice zera. Jednak prędzej czy później, wraz z nadejściem ożywienia, oprocentowanie zacznie iść w górę i wcale nie koniecznie jedynie do stosunkowo niskich poziomów przedkryzysowych. Być może ostatni raz u progu drugiej dekady XXI wieku oglądamy tak niskie stopy procentowe.
Zwiększenie kosztów kredytu wynika nie tylko z szykujących się zmian systemu finansowego, które najprawdopodobniej będą zmierzać do ograniczenia wysokości dostępnej dźwigni. Ważną przyczyną wzrostu oprocentowania jest rosnące zadłużenie rządów państw najbardziej rozwiniętych. Większy udział długu w PKB z jednej strony powoduje, że pożyczki dla rządu „wypychają” inwestycje prywatne o coraz wyższej rentowności, co jest możliwe tylko za pomocą oferowania inwestorom odpowiednio wysokich stóp zwrotu. Z drugiej strony wysokie zadłużenie publiczne wywołuje obawę o jego spłatę, co przyczynia się do uwzględnienia przez kredytodawców rządu dodatkowej premii za ryzyko.
Z badań empirycznych poszukujących związku między oprocentowaniem papierów rządowych, a wielkością zadłużenia publicznego wynika, że jeden punkt procentowy udziału długu w PKB podnosi jego oprocentowanie o średnio 0,047 punktu procentowego. Oznacza to, że przy wzroście udziału długu w PKB o 20 punktów procentowych, oprocentowanie powinno podnieść się o 1 pp. Z takim wzrostem będziemy mieć najprawdopodobniej do czynienia w latach 2008-2011 w krajach UE, a w USA i Wielkiej Brytanii wzrost oprocentowania może być jeszcze poważniejszy. Sam wzrost zadłużenia publicznego podniesie oprocentowanie obligacji rozwiniętych państw o 1-1,5 pp i to przy optymistycznym założeniu, że dane o wzroście zadłużenia dostarczane przez ministerstwa finansów nie okażą się (znowu) zaniżone.
Kolejnym czynnikiem, który będzie osłabiał wzrost gospodarczy w czasach pokryzysowych jest pogarszająca się sytuacja demograficzna czołowych światowych gospodarek. W pięciu największych gospodarkach świata odsetek siły roboczej albo będzie rósł w wolniejszym tempie niż dotychczas (Chiny, USA, Wielka Brytania), albo będzie malał w tempie jeszcze szybszym (Japonia). Jedynie w Niemczech tempo spadku odsetka siły roboczej w latach 2010-2015 będzie mniejsze.
Sytuacja demograficzna ma duże znaczenie dla rozwoju gospodarczego kraju. Była i jest jednym z powodów słabość choćby gospodarki japońskiej – w latach 1995-2008 odsetek siły roboczej w Kraju Kwitnącej Wiśni zmalał z 69,6% do 64,2%, czyli spadł o 7,77%. Taka sytuacja nie tylko oznacza, że co trzynasty Japończyk przestał pracować, ale także, iż o blisko jedną szóstą wzrósł odsetek niepracujących, których ktoś przecież musi utrzymywać. A tempo spadku odsetka siły roboczej będzie w latach 2010-2015 jeszcze dwa razy szybsze niż dotychczas. Choć spadek liczby osób pracujących o 1% nie oznacza automatycznie jednoprocentowego uszczuplenia PKB (rośnie zasób kapitału na jednego pracującego, przez co praca staje się bardziej produktywna), ale i tak negatywny wpływ na wzrost gospodarczy wyraźnie da się zauważyć.
Na tym lista problemów ciążących światowej gospodarce się nie kończy. Należy do niej dopisać rozrost sektora publicznego na skutek m.in. fiskalnych pakietów stymulacyjnych, które wprawdzie poprawiają krótkoterminowo wskaźniki PKB, ale na dłuższą metę są hamulcem wzrostu. Pieniądze wydawane przez państwo spożytkowywane są bowiem mniej efektywnie, a dyskrecjonalne zakupy rządowe zakłócają normalne gospodarowanie. Ponieważ to nie konsumenci decydują o tym, co ma być zakupione, wyschnięcie strumienia publicznych funduszy wiąże się często z konieczną znaczną realokacją zasobów.
Pokryzysowe lata mogą przynieść pewne rozczarowanie jeśli chodzi o Chiny, którym futurolodzy od kilku lat wieszczą świetlaną przyszłość, ekstrapolując trendy z ostatniego dwudziestolecia. Czy rzeczywiście jednak chiński model kapitalizmu będzie sprawdzał się dalej tak dobrze jak zachodni? Niekoniecznie. Łatwo było zwiększyć potencjał gospodarczy kraju zezwalając jego mieszkańcom na oderwanie się od jakże ważnych zajęć takich jak czytanie czerwonej książeczki Mao, uprawa roli gołymi rękami i wytapianie żelaza w wiejskich dymarkach. Przejęcie zachodnich technologii i zgoda na zagraniczne inwestycje w Państwie Środka oraz umożliwienie w miarę swobodnej działalności gospodarczej przyniosły imponujące efekty.
Jednak bardziej zdecydowane oddanie gospodarki w ręce prywatne, pociągnęłoby przemiany polityczne, gdyż partia utraciłaby materialne zaplecze swojej władzy. Na to prędko zgody nie będzie. Istotna rola funkcjonariuszy partyjno-publicznych w handlu międzynarodowym, inwestycjach oraz bankowości a także ogromny problem z egzekucją praw własności (uprzywilejowani lokalni komunistyczni liderzy często bywają ponad prawem) nadal będą zmorą chińskiej gospodarki. To w połączeniu z dużymi możliwościami bogacenia się sprzyja oligarchizacji, która może być poważną barierą dla kontynuacji wzrostu w dotychczasowym tempie.
Nie wykluczone więc, że czasy prosperity lat 1989-2008 będziemy wspominać z rozrzewnieniem. Jeśli nie trafi się wynalazek na miarę Internetu, który dostarczy nieoczekiwanego napędu gospodarce lub nie zajdzie innego rodzaju pozytywne wydarzenie z gatunku Cygnus atratus (może przebudzenie Afryki?), to czasy czteroprocentowego wzrostu światowej gospodarki pozostaną jedynie miłym wspomnieniem.
Maciej Bitner, Wealth Solutions |
