Wyższość giełdowych ambicji nad twardymi realiami08-06-2009
Najwyraźniej za punkt honoru postawiono sobie dotknięcie magicznej bariery 2000 pkt (WIG20) i celu tego dość szybko dopięto. Tyle tylko, że styl późniejszego cofnięcia i ogólny brak pójścia za ciosem rodzi mieszane odczucia co do wiarygodności zaistniałego wybicia.
Realia makroekonomiczne znów zaczynają odstawać coraz dalej za wzrostami karmionymi sporą dawką zbiorowych nadziei. Miniony tydzień rozegrano już na samym początku, kiedy to w poniedziałek segment największych spółek urósł o niemal 6,5 proc. W piątek dociągnięto do wspomnianych 2 tys. pkt, po czym na weekendowe „zejście do szatni” spuszczono powietrze z tej krótkoterminowej bańki. Uświadomiono sobie, że cokolwiek się zapędzono w tej minieuforii, a ewentualne dalsze zejście poniżej 1900 pkt. przekreśli całe wybicie czyniąc zeń sygnał fałszywy. Gwałtowne wzrostowe zrywy inspirowane strzałami popytu bez kontynuacji to nader kiepski przepis na wyczekiwaną hossę, tym bardziej w obliczu wciąż surowego klimatu makroekonomicznego. Dlatego w perspektywie kilkunastu sesji synchroniczne strząśnięcie głównych indeksów giełdowych o 10-15 proc. wcale by mnie nie zdziwiło. Poniedziałek właśnie upływa na dalszym osuwaniu notowań.
Wróćmy jeszcze do zeszłego tygodnia pod kątem zachowania rynków walutowych. Intensywna barwa giełdowej zieleni dominowała przez niemal cały tydzień pomimo niepomyślnych wieści: kontrolowanej upadłości General Motors, pnącego się nadal bezrobocia w USA, obniżenia ratingu kredytowego Irlandii (pozostawanie jego do końca marca br. na najwyższym możliwym poziomie AAA to wielkie nieporozumienie bądź nawet globalna manipulacja) oraz narastającego niepokoju o wypłacalność Łotwy.
Ta ostatnia newralgiczna dla naszego regionu kwestia wciąż podminowuje notowania walut środkowoeuropejskich, nie pozwalając im na znaczące umocnienie. Cierpi sam złoty, którego słabość wobec czeskiej korony czy węgierskiego forinta stoi w rażącej dywergencji z recesją w tych krajach. Wycena naszej rodzimej waluty jest zakładnikiem kwotowań par EUR/CZK i EUR/HUF, skutkiem czego rynek rozmija się z fundamentami (chociaż z drugiej strony niepewność przed nowelizacją budżetu to osobny czynnik ryzyka).
Powstają jeszcze bardziej niedorzeczne paradoksy: waluty państw nadbałtyckich powiązane sztucznie z euro nijak się mają do zapaści gospodarczej tych dawno bezzębnych i poległych tygrysów. Wskutek tego niemożliwą staje się gra na rynku walutowym zgodnie z obiektywną kondycją poszczególnych gospodarek, gdyż irracjonalne usztywnienia negują samą istotę rynku jako miejsca do ustalania godziwych wycen. Na normalnym, nie przeregulowanym parkiecie łotewski łat czy estońska korona podzieliłyby los islandzkiej korony adekwatnie do gospodarczych turbulencji ciężkiego kalibru.
Trudno jest oszacować, w jakiej fazie wzrostów znajduje się obecnie nasza giełda. Nie tak dawno sygnalizowałem scenariusz zaistnienia fałszywego wybicia ponad majową konsolidację i być może właśnie to się obecnie dzieje. Pojawiają się podszepty i spekulacje, czy aby warto już wracać do agresywnych funduszy inwestycyjnych. Za kilka miesięcy można się spodziewać wysypu kampanii reklamowej, tak by zgarnąć nową gotówkę do nadmuchiwania kursów. Niezależnie jednak od natężenia tych marketingowych starań, taki bąbel jaki wygenerowano w 2006/07 r. jest w najbliższych latach nieosiągalny: zbyt liczne jest gremium tych, którzy za namową promieniejących radością gadających głów stracili niekiedy połowę swego kapitału.
Zaufanie klientów indywidualnych, utracone wskutek niestety pazernych zachowań i nierzetelnych nagonek odbudowywane będzie bardzo długo. Ewentualny nowy narybek gotówki pozostaje natomiast wątły, zwłaszcza w atmosferze rosnącego bezrobocia i systematycznie zaciskającej się konsumenckiej pętli kredytowej. Nie neguję sensowności inwestowania w produkty agresywne, ale najlepiej robić to w schyłkowej fazie paniki (przedwiośnie br.), gdy działania tłumu sparaliżowane są nadmiernie podsycanym strachem. Obecnie najlepiej jest chyba jednak pozostawać poza rynkiem, bądź co najwyżej posiadać małe zaangażowanie kapitałowe.
Bieżący tydzień od strony wolumenu danych makroekonomicznych jawi się dość skąpo. Nieco uwagi może przyciągnąć publikowana jutro przez FED tzw. beżowa księga, a także czwartkowe dane o majowej sprzedaży detalicznej. Pozostałe dwa dni wraz z sobotą i niedzielą to cykliczny nawrót nowej polskiej tradycji zwanej długim weekendem. Skutkiem tego piątkowy handel będzie mało płynny, a prawdziwa batalia przed gaśnięciem czerwcowych serii derywatów rozegra się w przyszłym tygodniu.
Zmienność powinna być niemała i daytraderzy mogą się nastawić na liczne okazje do zanotowania zarobku bądź poniesienia straty.
Bartosz Stawiarski Wealth Solutions |
