logowanie »
  • Rozmiar tekstu:  
  • A
  • A
  • A
Wealth Solutions - Lokaty strukturyzowane, polisy inwestycyjne




Zainstaluj nową wersję Adobe Flash Player by oglądać pełną stronę.

Czy bankrut prywatny jest gorszy?

15-07-2008

 

Mało brakowało, żebyśmy w ubiegłym tygodniu publiczną debatą dotknęli samej istoty. Może jeszcze nie istoty bytu, ale istoty współczesnego kapitalizmu z tak. Istota jednak błysnęła światłami i znikła, jak lukstorpeda na prowincjonalnej stacyjce. Tak jest ilekroć wraca sprawa prywatnego bankructwa.


Dlaczego dotykamy tu istoty współczesnego kapitalizmu? Dlatego, że stan gospodarki zależy dziś nie tyle od racjonalności decyzji inwestycyjnych, co od nieracjonalności decyzji konsumenckich. Kołem zamachowym przestał być przedsiębiorca a stał się konsument. Potrzeby wszyscy mamy zaspokojone na koniecznym do życia poziomie. Koniunktura zależy więc od tego, na ile ulegamy pragnieniom, które wmawiają nam sprzedawcy albo producenci.

 

Żeby gospodarka się kręciła musimy kupować, marnować, wyrzucać więcej niż musimy. I to dużo więcej. Inaczej wszystko by się zawaliło. Gdyby Amerykanie wrócili do purytańskiej tradycji nakazującej ograniczenie konsumpcji do minimum i oglądanie każdego dolara sto razy, miało by to konsekwencje podobne jak wojna atomowa. Gdyby coś skłoniło do tego Polaków, żaden Balcerowicz nie uratowałby gospodarki.

 

System robi co może, żeby purytańskie myśli nie przyszły nam do głowy. Reklama, marketing, promocje wywierają naukowo opracowaną presję na opornych. Pożyczkę można dostać w kwadrans nie ruszając się z domu. Karty kredytowe rozdają w drogeriach i na stacjach benzynowych. Większy sklep da nam wszystko na raty 0 proc. Za 10 proc. ceny można wyjechać z salonu własnym samochodem. Kupując mieszkanie można dostać kredyt większy niż cena lokalu. Urządzić też się trzeba.

 

System kocha każdego, kto dużo kupuje, bo dzięki niemu żyje. Ale jest to miłość egoistyczna i perwersyjna zarazem. Bo wszystko zostało tak skonstruowane, żeby to konsumenci dźwigali cały ciężar. Nie tylko ciężar podtrzymania wysokiej koniunktury, ale też ciężar ewentualnej pomyłki. A o pomyłkę łatwo nie tylko dlatego, że człowiek jest pazerny i na ogół zakłada, że jego sytuacja będzie przynajmniej tak dobra, jak w chwili kiedy bierze kredyt. Także dlatego, że nikt z nas przeważnie nie wie, ile naprawdę tego kredytu bierze.

 

Zwłaszcza przy kredytach długookresowych (np. hipotecznych) nasza wypłacalność zależy nie tylko od nas, ale też od stóp procentowych, które arbitralnie ustalają banki narodowe. Na dłuższą metę trudno jest poziom stóp przewidzieć nie tylko dlatego, że koniunktura trudna jest do przewidzenia, ale też dlatego, że stopy mogą się różnić radykalnie w zależności od tego, jakie poglądy wyznaje prezes lub rada banku centralnego. Na przełomie lat 70 i 80 stopy dolarowe wzrosły na przykład z kilku do przeszło 20 proc. rocznie. Zrujnowało to wiele państw (w tym PRL) i gospodarstw domowych. Dziś w podobnej sytuacji zmiana stóp była by chyba łagodniejsza, ale nie wiadomo, jaki pogląd będzie za dwa lata a tym bardziej za 20 lat dominował w NBP czy Europejskim Banku Centralnym.

 

Kredytobiorca musi więc wziąć na siebie trzy ryzyka – życiowe (chorobę, utratę pracy), koniunkturalne (szansa znalezienia pracy i wzrost lub spadek stóp), oraz intelektualne (zmienne poglądy i polityki banków). Tylko jedno (ryzyko życiowe) jest jednak ryzykiem naturalnym i tylko jednym kredytobiorca może sam zarządzać (dbając o karierę i zdrowie). Mechanizm zmiennego oprocentowania kredytów sprawia jednak, że dwa pozostałe ryzyka mogą bezpieczne dziś zadłużenie zamienić w katastrofę życiową. Warto więc postawić pytanie jaki podział ryzyk między kredytobiorcę, kredytodawcę i państwo (czyli ogół) jest słuszny i racjonalny.

 

Projekty upadłości konsumenckiej traktują kredytobiorcę jako jedynego odpowiedzialnego. Bankrut będzie znów mógł kupować i pożyczać. Ale nie wiadomo, dlaczego on i jego rodzina ma tracić wszystko także gdy niewypłacalność spowodowana jest przez dwa niezależne od niego ryzyka. Przecież to bank przed udzieleniem pożyczki oblicza jego zdolność kredytową. To RPP decyduje o wysokości stóp procentowych. To polityka rządu w dużym stopniu wpłynął na sytuację rynkową. Banki, NBP, rząd mogą lepiej niż konsument ocenić ryzyka, bo znają procesy gospodarcze i w ewolucję poglądów. Nie ma więc powodu, żeby państwo zawsze tylko korzystało na długach obywateli zbierając podatki od ich nadmiernych wydatków i nie ma powodu by banki zawsze tylko korzystały na agresywnie reklamowanych i beztrosko udzielanych kredytach. Skoro więc kredytowana konsumpcja wynikająca z pragnień stała się przynajmniej tak ważnym czynnikiem koniunktury jak kiedyś inwestycje, to czy ryzyko konsumenckie nie powinno być chronione prawem upadłościowym podobnie, jak chronione jest korporacyjne ryzyko inwestycyjne?


Jacek Żakowski „Gazeta Wyborcza”

Nie przegap Subskrypcji
Zapisz się na  Newsletter
lub subskrybuj  kanał RSS