Jak agenci nabijają emerytów butelkę02-12-2008
Z szacunków „Gazety Wyborczej” wynika, że w listopadzie co druga osoba decydująca się na zmianę funduszu dokonała złego wyboru.
W siedzibach funduszy emerytalnych widać coraz większą nerwowość. W ostatnim roku z powodu giełdowej bessy straciły całe zyski za ostatnie siedem lat. – Teraz skupiają się na zdobywaniu nowych członków, bo to na nich zarabiają prawdziwe pieniądze - mówi dr Filip Chybalski, ekspert emerytalny z Politechniki Łódzkiej. Im więcej klientów, tym więcej dostają prowizji.
Z szacunków "Gazety" wynika, że większość osób, które przeszły do ING w listopadzie, trafiła tam z funduszy, które miały w ostatnim czasie lepsze wyniki. Wybierając lub zmieniając fundusz emerytalny, nie można oczywiście kierować się jedynie jego historycznymi wynika, bo niekoniecznie powtórzą się one w przyszłości. Historyczne stopy zwrotu są jednak głównym kryterium decydującym o wyborze OFE.
Fundusze na wynagrodzenia armii agentów wydają grube miliony. Z danych Komisji Nadzoru Finansowego (KNF) wynika, że w pierwszych trzech kwartałach było to 270 mln zł, niemal 42 mln zł więcej niż przed rokiem. To niepełne dane, bo część funduszy pieniędzy wydanych na zdobycie członków nie księguje jednorazowo, ale rozbija je na lata. - Wszystko zgodnie z prawem - zapewnia przedstawiciel funduszu, który tak robi. Przyznaje, że faktyczne wydatki funduszy są znacznie większe od wykazywanych w sprawozdaniach do nadzoru finansowego.
|
